Po Aru Shah i koniec czasu sięgnęłam z dwóch powodów. Pierwszym była zapowiedź ciekawej historii zainspirowanej mitologia indyjską. Indie fascynują mnie już od dobrych kilku lat, więc chętnie sięgam po odwołujące się do ich kultury pozycje. Drugim powodem było nazwisko Ricka Riordana, jednego z najlepszych twórców fantasy dla młodzieży, na okładce. Bez wahania dodałam więc ten tytuł na listę książek do przeczytania i ostatnio się za nią zabrałam. Oczekiwania były wysokie. Czy powieść Roshani Chokshi im sprostała?
Home / Fantasy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
O bohaterkach i hinduskim demonie – Aru Shah i koniec czasu
Po Aru Shah i koniec czasu sięgnęłam z dwóch powodów. Pierwszym była zapowiedź ciekawej historii zainspirowanej mitologia indyjską. Indie fascynują mnie już od dobrych kilku lat, więc chętnie sięgam po odwołujące się do ich kultury pozycje. Drugim powodem było nazwisko Ricka Riordana, jednego z najlepszych twórców fantasy dla młodzieży, na okładce. Bez wahania dodałam więc ten tytuł na listę książek do przeczytania i ostatnio się za nią zabrałam. Oczekiwania były wysokie. Czy powieść Roshani Chokshi im sprostała?
O kolejnych przygodach bielińskich szeptuch – Przesilenie
O baśniach i rzeczywistości – The Bear and the Nightingale
Choć w Polsce jeszcze (przez kilka dni) nie została wydana, być może już o tej książce słyszeliście. Powieść Katherine Arden już jakiś czas temu opanowała zagranicznego bookstagrama, kusząc nie tylko piękną okładką (a raczej aż trzema!), ale także zapowiedzią magicznej historii opartej na rosyjskim folklorze. The Bear and the Nightingale wpadło i w moje ręce. I długo zastanawiałam się, co tak naprawdę o tej pozycji sądzę.
O marzeniach, snach i zapomnianym mieście – Marzyciel. Strange the Dreamer
Okładka-cudo i zapowiedź oryginalnego, przesiąkniętego magią świata? Biorę! Zdecydowanie! Dlatego też Strange the Dreamer chodziło za mną już od miesięcy i gdyby nie strach przed, jak słyszałam, dość trudnym językiem, pewnie już dawno bym po tę książkę sięgnęła. Nawet nie wiecie jak bardzo się ucieszyłam, kiedy w zapowiedziach wydawnictwa SQN pojawił się Marzyciel! Od razu dopisałam książkę do listy must-read na marzec. Czy powieść sprostała moim oczekiwaniom?
O dziewczynach o sercu z marcepanu i podróżach w czasie – Zieleń szmaragdu
Seria o Gwendolyn – podróżniczce w czasie na mojej liście książek, które chcę przeczytać znalazła się jeszcze wtedy, kiedy poprzednie wydanie można było spotkać na księgarnianych półkach. Ciągle się jednak mijałyśmy, a w końcu okazało się, że trylogii nie można już nigdzie dostać (chyba że za kosmiczne sumy na allegro). Po jakimś czasie na ratunek wszystkim ciekawym tej historii przyszło wydawnictwo Media Rodzina, niosąc ze sobą nie tylko uwielbianą przez wielu treść, ale także nowe, piękne wydanie. Trylogia Czasu zawładnęła i moim sercem i aż mi trochę smutno, że Zieleń Szmaragdu to ostatni tom. Dlaczego?
O niedoskonałości i miłości ponad wszystko – Niedoskonali
Przy okazji recenzowania Walecznej czarownicy wspomniałam, że z chęcią pozostałabym w uniwersum wykreowanym przez Danielle L. Jensen trochę dłużej i poznała kolejne losy bohaterów. I jest! Sama autorka nie potrafiła rozstać się z Trollus i, ku uciesze fanów, wydała kolejną powieść – prequel Trylogii Klątwy. Jak jej to wyszło?
O trollach, długach i trudnych decyzjach – Waleczna czarownica
Przeczytałam tę książkę miesiąc temu i do tej pory nie mogłam zabrać się za napisanie jej recenzji. Chyba po prostu nie chciałam rozstawać się z bohaterami. I nadal nie chcę! Pora jednak napisać co nieco o ostatnim tomie Trylogii Klątwy. Pewnie już domyśliliście się, że bardzo mi się podobało. Co jednak sprawia, że po tę serię warto sięgnąć? Czy to kolejne młodzieżówki, które po prostu szybko i przyjemnie się czyta czy może coś więcej?
O trollach i przedwiecznej klątwie – Ukryta Łowczyni

Udało się! W końcu sięgnęłam po Ukrytą Łowczynię! Tom pierwszy – Porwaną Pieśniarkę czytałam już ponad rok temu i mimo że bardzo mi się podobała, lekturę drugiej części ciągle odkładałam na później. Dlaczego? Chyba bałam się nieco "klątwy drugiego tomu", o której nieraz słyszałam w odniesieniu do powieści Danielle L. Jensen. Teraz mogę Was jednak zapewnić, że nie ma co zwlekać.
O walce dobra ze złem i współpracy tekstu z obrazem – Władca Pierścieni, wyd. ilustrowane
Przyznaję się bez bicia – Władca Pierścieni to jedna z tych niewielu opowieści, które najpierw widziałam w wersji filmowej. Uwielbiałam oglądać te trzy dość długie części i robiłam to za każdym razem, kiedy leciały w telewizji. W ostatniej klasie liceum postanowiłam, że muszę w końcu przeczytać książki Tolkiena (w końcu przygotowania do matury to idealny na czas na czytanie grubych powieści) i zakupiłam jednotomowe wydanie. Kiedy jednak ostatnio w ofercie wydawnictwa Zysk pojawiły się piękne ilustrowane wersje, stwierdziłam, że nadszedł czas na odświeżenie sobie tej historii. Samej treści nie będę jednak długo recenzować, a skupię się przede wszystkim na wydaniu.
O ratowaniu świata i rodzicach z Asgardu – Statek umarłych

Rick Riordan już dobrych kilka lat temu podbił światowy rynek. Mając kilkanaście lat, zaczytywałam się w serii o Percym Jacksonie i bogach olimpijskich, a z wiekiem moja miłość do powieści tego pisarza nie zmalała. Tym razem zabrałam się za Statek umarłych – trzeci tom historii o Magnusie Chasie i choć to Percy chyba już zawsze będzie zajmował wyższy stopień na podium ulubionych bohaterów, opowieść o nastolatku z Bostonu również mi się podoba. Ale od początku!
O magii razy kilka – HP i Więzień Azkabanu, wyd. ilustrowane
Wątpię, że ktoś jeszcze nie słyszał o Harrym Potterze. Tego pana, jak i serii o nim, nie trzeba nikomu przedstawiać. Książki o przygodach młodego czarodzieja od lat cieszą się ogromną popularnością, a liczba wydań wzrasta. Ostatnio wydawnictwo Media Rodzina wydało kolejny tom ilustrowanej wersji bestsellerowej sagi – Więźnia Azkabanu. Kto jeszcze nie ma, niech biegnie do księgarni. Jeśli jeszcze się wahacie, czytajcie dalej.
O osobliwcach i wykradaniu dusz – Biblioteka dusz

Przygodę z osobliwymi dziećmi rozpoczęłam już ponad rok temu. Osobliwy dom pani Peregrine całkiem mi się podobał, choć rozczarował mnie nieco sposób poprowadzenia fabuły w drugiej połowie. Chętnie sięgnęłam jednak po Miasto cieni, które niesamowicie mnie wciągnęło. Już myślałam, że autor z każdym tomem zaprezentuje coś lepszego. Potem sięgnęłam jednak za Bibliotekę dusz i trochę się zawiodłam. Dlaczego?
A Court of Wings and Ruin

Dwór cierni i róż przeczytałam ze względu na ładną okładkę (shame) i ciekawy opis książki (ale głównie ze względu na okładkę). Książka nie trafiła co prawda na listę moich ulubionych, ale całkiem mi się podobała, więc kiedy tylko na polskim rynku pojawił się Dwór mgieł i furii, pobiegłam do księgarni. I drugim tomem (który na szczęście ominęła słynna klątwa drugiego tomu) się zachwyciłam. Do tego stopnia, że przez prawie 3 tygodnie nie byłam w stanie sięgnąć po inną książkę ani opuścić myślami Dworu Nocy. Postanowiłam więc, że kiedy Sarah J. Maas napisze część trzecią, nie będę czekać do polskiej premiery.
I tak też zrobiłam. Zamówiłam w pre-orderze kilka tygodni przed premierą. A później czekałam kilka tygodni po premierze i czułam się zdradzona przez Amazona, bo myślałam, że będę tę książkę mieć podczas długiego weekendu. Zarezerwowałam sobie dla A Court of Wings and Ruin cały tydzień i czekałam, czekałam,... a powieść przyszła pod koniec maja, kiedy na listę priorytetów trafiły zaliczenia i sesja. A później stos egzemplarzy recenzenckich. Ale przyszła! W pięknej, twardej oprawie. Z cudowną okładką i zapowiedzią jeszcze cudowniejszego środka.
Ale do rzeczy. Jeśli nie czytaliście ACOTAR i ACOMAF, przejdźcie do kolejnego akapitu.
Jak zaczyna się ACOWAR? Król Hybernii rośnie w siłę. Feyra wraca do Dworu Wiosny, by udając miłość do Tamlina i strach przed Rhysandem, dowiedzieć się więcej o sojuszu pierwszego z Hybernią i skłonić jak największą część jego dworu do przeciwstawienia się swojemu High Lordowi. Dziewczyna nie przestaje martwić się o swoje siostry, zamienione w fae przez króla Hybernii i Kocioł, oraz o przyjaciół z Dworu Nocy i swojego prawdziwego ukochanego. Marzy o powrocie do domu, jednak to dobro Dworu, którego jest Księżną, stawia na pierwszym miejscu. Nie wróci, dopóki nie uda jej się zdziałać wystarczająco dużo. Czy nakłoni Tamlina do zerwania sojuszu z Hybernią? Czy szybko wróci do przyjaciół i wraz z nimi powstrzyma zbliżającą się wojnę?
Pojawiają się nowe pary, rozwijają miłosne wątki rozpoczęte w Dworze mgieł i furii. Niektórym nie kibicowałam, a raczej wręcz przeciwnie. Innym shipowałam całym sercem (Feysand, Nessian). Nie rozumiem, czemu jakieś 90% postaci miało partnera, ale nie przeszkadzało mi to.
Sarah J. Maas w fabułę ACOWAR wplata też wątek feministyczny. Jest sister power. Jest girl power i silne bohaterki, które nie czekają, aż mężczyźni uratują je z opresji. Chwytają ilyriańskie miecze i ruszają do walki. Podejmują się wyzwań testujących ich psychiczną siłę. Nie lekceważą jednak pomocy płci przeciwnej, wszyscy działają razem, w jednej wspólnej sprawie. Ogromnym plusem jest również to, w jaki sposób Sarah J. Maas ukazuje niektóre związki. Opiera je przede wszystkim na wzajemnej równości.
Choć to drugi tom serii pozostaje moim ulubionym, ACOWAR to również książka bardzo dobra. Wiele tu zwrotów akcji i pełnych napięcia scen. Autorka po raz kolejny gwarantuje czytelnikom emocjonalny rollercoaster, przez co od książki ciężko się oderwać. Można się tu i pośmiać, i wzruszyć, i przerazić. Sama w pewnym momencie bałam się przewrócić kartkę i zobaczyć, co Maas "zrobiła" bohaterom. Odbiegałam od książki i zaraz do niej wracałam. Serio! Nie da się jej odłożyć na bok. Woła i każe wrócić :o
Sięgając po tę powieść w oryginale, bałam się, że niewiele zrozumiem i nie dotrę do końca. Czytałam wcześniej książki po angielsku, ale już parę lat temu, a słyszałam, że Maas pisze dość ciężkim językiem. Nie było jednak źle. Wszystko da się zrozumieć. Po słownik sięgnęłam chyba tylko dwa razy. Jest trudniej niż w Harrym Potterze, ale nie tak, żeby się przy książce namęczyć. Szukałam też wyrażeń, które w poprzednich częściach pojawiały się często i przypisywano je złemu tłumaczeniu. Szczególnie rzuciło mi się w oczy odliczanie czasu w uderzeniach serca. W ACOWAR też pojawiło się kilka razy. Tak czy siak, książka bardzo mi się podobała i już obiecałam sobie, że przeczytam też poprzednie części po angielsku. I wszystkie kolejne, które wyjdą. Wam też to polecam.
Ale do rzeczy. Jeśli nie czytaliście ACOTAR i ACOMAF, przejdźcie do kolejnego akapitu.
Jak zaczyna się ACOWAR? Król Hybernii rośnie w siłę. Feyra wraca do Dworu Wiosny, by udając miłość do Tamlina i strach przed Rhysandem, dowiedzieć się więcej o sojuszu pierwszego z Hybernią i skłonić jak największą część jego dworu do przeciwstawienia się swojemu High Lordowi. Dziewczyna nie przestaje martwić się o swoje siostry, zamienione w fae przez króla Hybernii i Kocioł, oraz o przyjaciół z Dworu Nocy i swojego prawdziwego ukochanego. Marzy o powrocie do domu, jednak to dobro Dworu, którego jest Księżną, stawia na pierwszym miejscu. Nie wróci, dopóki nie uda jej się zdziałać wystarczająco dużo. Czy nakłoni Tamlina do zerwania sojuszu z Hybernią? Czy szybko wróci do przyjaciół i wraz z nimi powstrzyma zbliżającą się wojnę?But this is war. We don't have the luxury of good ideas - only picking between the bad ones.W poprzedniej części Sarah J. Maas skupiła się przede wszystkim na relacji Feyry z nowymi przyjaciółmi, jej odnajdywaniu się w nowym środowisku, wśród nowych ludzi i poznawaniu smaku prawdziwej miłości. Autorka malowała przed nami zachwycający krajobraz Dworu Nocy, przywiązując do wykreowanego świata, hipnotyzując wspaniałością Velaris. W A Court of Wings and Ruin wątki te schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca politycznym rozgrywkom i przygotowaniom do wojny na miarę tej sprzed lat. Magię ACOMAF i sceny, które z pewnością nieraz wywołały uśmiechy na Waszych twarzach zastępuje strach, planowanie i brutalność. Poznajemy bohaterów od innej strony. Widzimy ich pełniejsze portrety psychologiczne, słabości i lęki.
Only you can decide what breaks you, Cursebreaker. Only you.Nie oznacza to jednak, że tych "ładniejszych" scen nie ma w ogóle. Są, ale w mniejszym stopniu. Stanowią chwilę wytchnienia od rozgrywających się zdarzeń. Chwilę wytchnienia nie tylko dla nas – czytelników, ale także dla bohaterów.
Pojawiają się nowe pary, rozwijają miłosne wątki rozpoczęte w Dworze mgieł i furii. Niektórym nie kibicowałam, a raczej wręcz przeciwnie. Innym shipowałam całym sercem (Feysand, Nessian). Nie rozumiem, czemu jakieś 90% postaci miało partnera, ale nie przeszkadzało mi to.
Sarah J. Maas w fabułę ACOWAR wplata też wątek feministyczny. Jest sister power. Jest girl power i silne bohaterki, które nie czekają, aż mężczyźni uratują je z opresji. Chwytają ilyriańskie miecze i ruszają do walki. Podejmują się wyzwań testujących ich psychiczną siłę. Nie lekceważą jednak pomocy płci przeciwnej, wszyscy działają razem, w jednej wspólnej sprawie. Ogromnym plusem jest również to, w jaki sposób Sarah J. Maas ukazuje niektóre związki. Opiera je przede wszystkim na wzajemnej równości.(...) tell me the next time.Maas porusza również wiele innych tematów. Ukazuje problem wiary w siebie oraz akceptacji tego, jakim się jest – nie tylko zalet, ale i wad. Udowadnia, że bycie dobrym się opłaca. Przedstawia wpływ osób i wydarzeń na wewnętrzną metamorfozę jednostki. Siłę miłości – nie tylko pomiędzy partnerami. W jej powieści pojawia się też wątek LGBT, ale wydawał mi się wciśnięty jakby na siłę.
Would you have let me go if I had?
I do not let you do anyhing. He tilted my face up, Mor and Azriel looking away. You are your own person, you make your own choices. But we are mates–I am yours and you are mine, We do not let each other do things, as if we dictate the movements of each other.
Choć to drugi tom serii pozostaje moim ulubionym, ACOWAR to również książka bardzo dobra. Wiele tu zwrotów akcji i pełnych napięcia scen. Autorka po raz kolejny gwarantuje czytelnikom emocjonalny rollercoaster, przez co od książki ciężko się oderwać. Można się tu i pośmiać, i wzruszyć, i przerazić. Sama w pewnym momencie bałam się przewrócić kartkę i zobaczyć, co Maas "zrobiła" bohaterom. Odbiegałam od książki i zaraz do niej wracałam. Serio! Nie da się jej odłożyć na bok. Woła i każe wrócić :o
Sięgając po tę powieść w oryginale, bałam się, że niewiele zrozumiem i nie dotrę do końca. Czytałam wcześniej książki po angielsku, ale już parę lat temu, a słyszałam, że Maas pisze dość ciężkim językiem. Nie było jednak źle. Wszystko da się zrozumieć. Po słownik sięgnęłam chyba tylko dwa razy. Jest trudniej niż w Harrym Potterze, ale nie tak, żeby się przy książce namęczyć. Szukałam też wyrażeń, które w poprzednich częściach pojawiały się często i przypisywano je złemu tłumaczeniu. Szczególnie rzuciło mi się w oczy odliczanie czasu w uderzeniach serca. W ACOWAR też pojawiło się kilka razy. Tak czy siak, książka bardzo mi się podobała i już obiecałam sobie, że przeczytam też poprzednie części po angielsku. I wszystkie kolejne, które wyjdą. Wam też to polecam.
Tytuł: A Court of Wings and Ruin
Autor: Sarah J. Maas
Tom: III
Stron: 699
Wydawnictwo: Bloomsbury Publishing
O podróżach w czasie i powrotach do codzienności – Czerwień rubinu

Motyw podróży w czasie ostatnio podoba mi się coraz bardziej. Fajnie by było przeskoczyć sobie do epoki wiktoriańskiej i poznać Austen albo podejrzeć Prerafaelitów malujących akurat w plenerze. Albo przejść się alejkami ogrodów wersalskich wśród królewskich gości. Chęć poznania powieści o tej tematyce nie była jednak jedynym powodem, dla którego sięgnęłam po Czerwień Rubinu. Kilka miesięcy temu przeczytałam inną serię Kerstin Gier – Silver i byłam ciekawa, co tym razem wymyśliła autorka. Jak oceniam to spotkanie?
O bibliotełgarzach i prawdomównym Alcatrazie – Kości Skryby
O grze, która skłania do podjęcia ryzyka – Caraval

Urzekająca okładka tej książki sprawiła, że od razu chciałam zanurzyć się w świecie, który skrywała. Również informacje podane z tyłu zaintrygowały mnie w dużym stopniu. Nie miałam więc wyjścia – po tę powieść musiałam sięgnąć! Czy to co znalazłam w środku sprostało moim oczekiwaniom? Czy debiut Stephanie Garber zapewni kolejnym częściom Caravala miejsce na półce bestsellerów?
To, co słyszałaś o Caravalu, nie wytrzyma porównania z rzeczywistością. To coś więcej niż tylko gra czy przedstawienie teatralne. Na tym świecie nie znajdziesz niczego równie magicznego.Scarlett i Donatella od dziecka marzą o wydostaniu się z szarej wyspy, którą rządzi ich okrutny ojciec. Chcą prawdziwie żyć, a marzenia podsycają iskierki magii rozpylone przez ich babcię. To właśnie ona opowiedziała dziewczynom o Caravalu – grze, w której nagrodą jest spełnienie jednego życzenia. Kiedy więc po latach starań otrzymują zaproszenia od Mistrza Legendy, udają się na Isla de los Suenos, by wziąć udział w rozgrywkach. Czy uda im się tam dotrzeć i zwyciężyć w tajemniczej, nie zawsze sprawiedliwej grze?
Tym, co w Caravalu podobało mi się najbardziej był jego klimat. Stephanie Garber mgiełką tajemnicy otacza każdy jego fragment. Są tu piękne suknie kojarzące się z klimatem epoki wiktoriańskiej. Są cyrkowcy, którzy nadają fabule trochę dziwności i niezwykłości. Opisami niemal każdej rzeczy, osoby i wydarzenia autorka kreuje baśniowy, nieco osobliwy nastrój. Magia wylewa się z każdej strony, a wszystko idealnie do siebie pasuje.
Plastyczny język i sugestywne opisy to nie jedyne elementy, które podkreślają baśniowość powieści. Pojawia się tu również wiele symboli. Główna bohaterka wszędzie zauważa róże. Czerwone kwiaty nie są jednak symbolem miłości. Stanowią przede wszystkim przypomnienie o uciekającym czasie, o kruchości życia i każdej chwili. Częściowo kojarzą się również z pięknem Caravalu i ostrością jego kolców. Gra nie zawsze idzie tak, jak bohaterowie by tego chcieli.
Istotny jest także motyw nocy. To tylko wtedy gracze mogą poruszać się po Wyspie Marzeń, rozwiązywać zagadki i szukać drogi do zwycięstwa. Noc nie jest tu więc symbolem spokoju. Skrywa niebezpieczeństwa.
Istotny jest także motyw nocy. To tylko wtedy gracze mogą poruszać się po Wyspie Marzeń, rozwiązywać zagadki i szukać drogi do zwycięstwa. Noc nie jest tu więc symbolem spokoju. Skrywa niebezpieczeństwa.
Mimo wszystko świat wykreowany na kartach Caravalu jest niepełny, niedopracowany. Ma potencjał, a jego magia urzeka i sprawia, że od powieści ciężko się oderwać, ale nie został on w pełni wykorzystany. Brakowało mi szczegółów, które zagęściłyby tajemniczość miejsc, mrocznych historii z przeszłości, które podkreśliłyby ryzyko, jakiego podejmują się gracze.
Wątek miłosny miał ciekawe momenty, ale w większości opierał się na powierzchownej fascynacji. A miałam nadzieję na motyw zakazanej miłości – prawdziwej i głębokiej, kontrastującej z przymusem wejścia w związek aranżowany przez rodzica! Niedopracowane są niestety także postaci. Bohaterowie wydali mi się nieco sztuczni, a ich zachowania wymuszone. W największym stopniu tyczy się to głównej bohaterki, Scarlett. Czekałam na jej przemianę pod wpływem wzięcia udziału w grze, która skłania do przesunięcia własnych granic, do wyjścia ze swojej strefy komfortu. Bohaterka jednak często chowa się w swojej skorupie, paraliżowana strachem.
Be careful what you wish for. Uważaj, czego sobie życzysz. Motto to przewija się przez całą fabułę. Bohaterowie podejmują się gry, by spełnić swoje marzenia. Caraval przypomina jednak, że wszystko, co piękne ma też kolce. Magię i tajemniczość uwypukla styl Stephanie Garber, miejscami nabierający poetyckości. Przedstawiony świat staje się niemal namacalny. Właśnie dlatego mimo niedoskonałości polecam Wam tę książkę – baśniowość fabuły i liczne symbole wiele wynagradzają. Kto wie, może w kolejnym tomie będzie jeszcze lepiej!
Tytuł: Caraval
Tytuł oryginału: Caraval
Autor: Stephanie Garber
Wydawnictwo: Znak Literanova/OMG Books
Tytuł oryginału: Caraval
Autor: Stephanie Garber
Wydawnictwo: Znak Literanova/OMG Books
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu
O wielkiej przygodzie i drugim dnie historii opowiadanej dzieciom – Wodnikowe wzgórze

Pisarze, szczególnie książek dla dzieci, często w rolach głównych bohaterów obsadzają zwierzęta i nadają im ludzkie cechy. Taka personifikacja w wielu przypadkach wiąże się z alegorią, ukazaniem rzeczywistości za pomocą metafor, ukrycie jej pod powierzchnią bajkowości i pozostawienie do interpretacji odbiorcom. Podobny zabieg w Wodnikowym Wzgórzu zastosował Richard Adams. Co chciał przekazać przez to autor i czy rzeczywiście w opowieści o królikach kryje się drugie dno?
O walkiriach, olbrzymach i nordyckich bogach – Młot Thora

Ricka Riordana darzę ogromnym zaufaniem. Od lat sięgam po jego książki. Nigdy nie zawodzi. Zawsze, gdy mam ochotę na coś lekkiego, przy czym miło spędzę czas, i co wciągnie mnie do swego świata – wybieram jego powieść. Pierwszy tom Magnusa Chase'a i bogów Asgardy pochłonęłam w chwilę, a historia niemal dorównała mojej ulubionej tego autora – Percy'emu Jacksonowi. Czy tak samo stało się jednak z drugą częścią przygód Magnusa?
O magach w wiktoriańskim Londynie - Clovis LaFay

Epoką wiktoriańską interesuję się już od kilku lat. Uwielbiam czytać ponadczasowe książki napisane przez siostry Bronte, Dickensa czy Austen. Fascynuje mnie towarzysząca im swego rodzaju magia. Chętnie sięgam również po powieści napisane przez współczesnych autorów, ale umiejscowione w XIX-wiecznej Anglii. To właśnie dlatego sięgnęłam przez niedawno wydanego Clovisa LaFay'a, opowieść o nekromantach, kinemantach i magicznym wypadkom.
Nie zachwycił mnie Szklany Tron

Sarah J. Maas już jakiś czas temu podbiła czytelniczy świat. Sama od dawna chciałam zapoznać się z jej pierwszą serią - Szklanym Tronem, a kiedy spodobało mi się jej ostatnie dzieło - Dwór cierni i róż, nie miałam wątpliwości, że poprzedniczka musiała być równie dobra. Niestety myliłam się. Historia o zabójczyni pretendującej do roli królewskiego obrońcy nie dorasta ACOTAR do pięt.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)




